Feedy RSS:Wpisy

Jesteś Nowa/Nowy?

Nie wiesz od czego zacząć?

> Wszystko w Niezbędniku <

Nasz Patron - św. Józef

> Więcej tutaj <

Archiwum

Po spotkaniu 5 stycznia 2009 r.

Relacja autorstwa Damiana:

5 stycznia 2009 r., pierwsze spotkanie PostDA w nowym roku i najmroźniejszy poniedziałek tej zimy. Do tej pory nie wiadomo, co w większym stopniu wpłynęło na wybór tematu: chronologia ustalonego wcześniej planu, czy gorąca atmosfera dyskusji toczonych w słonecznym Konstantynopolu podczas V soboru powszechnego. Na zewnątrz rtęć zamarzała w termometrach, a my pociliśmy się nad teologicznymi sporami wokół osoby Jezusa Chrystusa, gdzieś pomiędzy fałszem a prawdą, a może herezją a ortodoksją.

Jest rok 553, w Konstantynopolu zorganizowany zostaje sobór powszechny. Na pozór wszystko wygląda znajomo: grupa szacownych teologów po raz kolejny dyskutuje nad prawowiernością pewnych idei. Tym razem pod lupę trafiają tak zwane „trzy rozdziały” – fragmenty tekstów wyodrębnione z dzieł Teodora z Mopsuestii, Teodoreta z Cyru i Ibasa z Edessy. Zaraz, zaraz, to nie łatwiej byłoby potępić całe książki i mięć problem z głowy? Okazuje się, że nie bo diabeł starym zwyczajem postanowił, że będzie tkwił w szczegółach.

Skąd to całe zamieszanie? Ojciec Patryk cierpliwie wyjaśnia. Było trzech teologów: Teodor biskup Mopsuestii, Teodoret biskup Cyru i Ibas biskup Edessy. Ich pisma o osobie Chrystusa Jezusa stały w wyraźnej opozycji do poglądów monofizytów. Przypomnijmy, że monofizyci uznawali, że Pan Jezus po wcieleniu miał jedną naturę. Całkowitym przeciwieństwem ich poglądów był nestorianizm, który przyjmował istnienie w Chrystusie dwóch osób, boskiej i ludzkiej, i przez to odmawiał Maryi tytułu Bożej Rodzicielki. Monofizyci oskarżając Teodora, Teodoreta i Ibasa o brak prawowierności często zarzucali im nestorianizm. Sprawie nie pomagał fakt, że Teodor był nauczycielem Nestoriusza (twórcy nestorianizmu), nawet jeżeli nie podzielał poglądów swojego ucznia.

Nie bez znaczenia dla przebiegu soboru w Konstantynopolu była ówczesna sytuacja społeczno-polityczna. Po dawnym cesarstwie rzymskim pozostała już tylko połowa (dla ścisłości – ta wschodnia, oczywiście). Na jej czele stał cesarz Justynian, silny władca i do tego teolog. Justynian nauczony doświadczeniem swoich poprzedników wiedział, że podziały państwu nie służą, nawet jeżeli ich domeną jest płaszczyzna religijna. Państwo, które sobie zamyślił, miało być jednolite pod każdym względem. Pewnie dlatego solą w oku był dla niego konflikt wewnątrz chrześcijaństwa prowadzony z monofizytami, zwłaszcza, że monofizytyzm był problemem przede wszystkim wschodnich części byłego cesarstwa. Justynian stwierdził, że czas coś z tym zrobić, a najlepszym sposobem będzie pojednanie monofizytów z chrześcijanami na powszechnym soborze. I tak polityczny kompromis nieśmiało wyłonił się w odmętach teologicznych sporów.

Problemy piętrzyły się od samego początku. Sobór miał być powszechny, a na 166 ojców soborowych zaledwie 12 rekrutowało się z przedstawicieli zachodu. Papież, pomimo pobytu w Konstantynopolu, nie pojawił się na obradach soboru, protestując tym samym przeciw niereprezentatywnej liczbie biskupów zachodnich, włączonych do grona ojców soborowych. Sobór ostatecznie potępił „trzy rozdziały” pochodzące z pism Teodora, Teodoreta i Ibasa. Ponadto stwierdził, że dopuszczalna jest ekskomunika osób nieżyjących i na tej podstawie wyłączył z jedności Kościoła wyżej wymienionych.

W przyszłości V soborowi powszechnemu nie przypisywano wielkiego znaczenia. Nie przyniósł zapowiadanego pojednania chrześcijan i monofizytów. Raczej, poprzez towarzyszący mu spór pomiędzy cesarzem a papieżem, był zapowiedzią przyszłych konfliktów kompetencyjnych władz świeckiej i kościelnej.

Na jakie prawdy teologiczne wskazywał sobór? Powtórzył nauczanie poprzednich czterech soborów powszechnych. Potępił nestorianizm, którego dopatrywał się w „trzech rozdziałach”. Stwierdzał zatem, że mówienie o dwóch osobach zamieszkujących w Jezusie jest błędne, a jego matce słusznie należy się tytuł Bożej Rodzicielki. Sobór nie wypracował rozwiązania problemu monofizytyzmu, który wyznając jedną naturę Jezusa Chrystusa, pomijał istnienie natury ludzkiej w Jego osobie po wcieleniu.